Fot. GSMmaniak
Directive 8020 miało być kolejnym wielkim krokiem dla Supermassive Games. Zamysł był naprawdę ciekawy, więc postanowiłem skontaktować się z wydawcą w celu pozyskania swojego egzemplarza. Po przejściu gry wiem jedno: wad jej nie brakuje.
Spis treści
Supermassive Games to studio z bogatym doświadczeniem słynące z tworzenia interaktywnych przygodówek w konwencji horroru. Jak wielkie było moje zadowolenie, gdy zapowiedziano nową odsłonę z serii The Dark Pictures Anthology. Materiały promocyjne były obiecujące.
Po niespełna 10 godzinach rozgrywki ukończyłem Directive 8020. Czy tytuł rzeczywiście okazał się rewolucyjny i najlepszy w swoim gatunku? Potencjał ku temu bez wątpienia był. Jak jednak wypadło to w praktyce?
Jednocześnie zachęcam do zapoznania się z moimi najnowszymi recenzjami Pragmaty oraz Resident Evil 9.
Główny zamysł historii jest bezpieczny i powiedziałbym, że jednocześnie standardowy dla horroru Sci Fi. Ziemia umiera. Ludzkość zmaga się z coraz większymi problemami rozpaczliwie, szukając rozwiązania. Zostaje ono znalezione na obcej planecie Tau Ceti F położonej 12 lat świetlnych od Ziemi.
Cel misji jest prosty. Wyszkolona załoga statku Kasjopeja ma upewnić się, że wszystko jest w porządku, aby przyszli koloniści nie napotkali żadnych problemów. Po wszystkim załoga ma wrócić do domu jako bohaterowie, którzy przyczynili się do uratowania ludzkości. Niestety w czasie, kiedy większość załogi przebywała w hibernacji, na pokład wdarła się tajemnicza forma życia. Nie, nie jest to spoiler – twórcy wspominali o niej w materiałach promujących grę, jak i w sklepie Steam.
To pierwsza wada, o której chciałem wspomnieć. Historia jest prosta i niestety oferuje niewiele punktów zwrotnych, niedomówień oraz poczucia grozy związanego z obecnością obcych. Twórcy odkrywają najważniejsze karty już w pierwszym epizodzie. Całość przedstawiono w formie ośmiu krótkich odcinków przywodzących na myśl strukturę serialu. Ponadto zabrakło tu odpowiedniej ekspozycji postaci. Nim człowiek zdążył się o nich czegoś dowiedzieć, ich życiu groziło już niebezpieczeństwo.
W obsadzie pojawiło się kilka głośnych nazwisk. W członków zespołu statku Kasjopeja wcielili się Lashana Lynch, czy Danny Sapani. Do tego grona dołączyły także znacznie mniej znane osoby. Doprowadziło to do miszmaszu. Część postaci odgrywana jest naprawdę dobrze, naturalnie, a pozostałe brzmią jak cyborgi bez uczuć.
Wcale nie pomagają w tym kiepsko napisane dialogi i brak osobowości postaci. Jasne, twórcy starali się nadać im konkretne role oraz cechy, aczkolwiek wyszło to mało skutecznie. Bohaterowie nie wyróżniają się, mówią sztucznie, a ich rozmowy poboczne rzadko do czegoś prowadzą. Przypominam, że gry Supermassive Games opierają się na podejmowaniu decyzji związanych z życiem protagonistów. Jak więc miałem się z nimi zżyć, gdy odpowiednio mi ich nie przedstawiono?
Wielka szkoda, że zaniedbano członków załogi, ponieważ większość decyzji została zgrabnie przemyślana i zaplanowana. Ujawniają one swoje konsekwencje nie od razu, a po jakimś czasie. W zależności od podjętych działań, w przyszłości można odczuć ich negatywne lub pozytywne skutki. Bardzo podobało mi się to, że część z nich wręcz testowała moją pamięć. Stawałem bowiem przed dylematami, czy poprzednie działanie nie koliduje przypadkiem z jedną z dwóch dostępnych opcji decyzyjnych.
Uwagę zwraca też liczba odnóg. Większość z nich prowadzi do pobocznych ścieżek i zakończeń. Liczba członków zespołu i wariantów jest spora, dlatego przy jednym przejściu gry wszystkiego nie da się poznać. Zależnie od wyboru poziomu trudności, można cofać podjęte decyzje od razu po zobaczeniu ich skutków lub dopiero po zakończeniu rozgrywki.
Na sam koniec tego segmentu wrócę jeszcze do podziału historii na epizody. Twórcy sprawnie przechodzili między postaciami, zacieśniając ich losy. Czuć było, że działania jednych wpływają na drugich i na odwrót. Poza tym za wszelką cenę nie kończono wątku danej postaci, tylko na chwilę go przerywano, by pokazać perspektywę innej części załogi.
Poprzednie gry studia często określano mianem interaktywnych filmów – głównie ze względu na ogromną liczbę cutscenek oraz sekwencji QTE. Przez większość czasu obserwowało się poczynania bohaterów, jedynie od czasu do czasu wciskając odpowiedni przycisk odpowiedzialny za unik, chwyt czy skok. W Directive 8020 w dużym stopniu ukrócono takie segmenty. Zamiast tego postawiono na eksplorację sporych obszarów.
Konfrontacje z oponentami nie skupiają się na wstrzymaniu oddechu czy unikaniu niekontrolowanych ruchów. Można biegać, chować się, wchodzić do wentylacji, ogłuszać oponentów, odwracać ich uwagę i eksplorować korytarze statku, które pełne są odnóg i pomieszczeń pobocznych. Trzeba przyznać, że na papierze wygląda to nieźle.
Sęk w tym, że to tylko pozory. Lokacje są duże i jest to ich plus. Problem polega na tym, że nie mają one zbyt wiele do zaoferowania poza pojedynczymi notatkami, czy prostymi minigierkami. W gruncie rzeczy opowiadanie historii za sprawą otoczenia zeszło na dalszy plan. Brakowało po prostu miejsc, w których można zrobić coś więcej lub doprowadzić do pozaprogramowej konfrontacji.
Wprowadzono narzędzia, które mają urozmaicać zabawę, ale co z tego? Ograniczają się one do prostych czynności – przekierowania wiązki energii w odpowiednią stronę lub wciśnięcia przycisku w dobrym momencie. Brakowało rozbudowanych zagadek, elementów metroidvaniowych, czy wyzwań.
Zamiast tego Directive 8020 opiera się na prostych, powtarzalnych problemach. Dla przykładu niemal w każdym segmencie bohaterowie szukają baterii, które niszczą się na ich oczach lub po prostu brakuje ich przy pomieszczeniach, do których chcą się dostać. Nie są to zbyt kreatywne rozwiązania i z biegiem rozgrywki, stają się po prostu irytujące.
Silnie negatywne emocje wywoływały u mnie również elementy skradankowe. Właściwie rozgrywka jest nimi przesycona, zwłaszcza w ostatnich odcinkach. Rzadko dochodzi do bezpośrednich starć z oponentami. Najczęściej pojawiają się w konkretnych segmentach i przeszkadzają w wykonywaniu zadań. W związku z tym, że walka z nimi jest niemal niemożliwa, trzeba przemykać obok nich, mając wyłączoną latarkę i cicho stąpając po ziemi. W efekcie rozgrywka niepotrzebnie się dłuży.
Gry to jedyne medium, które może wywołać u ludzi strach (nie mylić z lękiem), ponieważ podczas grania istnieje ryzyko utraty czegoś rzeczywistego. W przypadku takich przygodówek chodzi nie tyle o sam postęp, ile o bohaterów. Jak wspomniałem wcześniej, brak odpowiedniej ekspozycji oraz kiepsko napisane i zagrane postaci sprawiają, że ich śmierć nie ma wielkiego znaczenia.
Brakuje momentów, podczas których można wykonać jakieś skomplikowane zadanie, stworzyć jakiś przedmiot, dokonać kalibracji systemu, mając za plecami krwiożerczą bestię. Postaci, choć zmagały się z dużym zagrożeniem w rzeczywistości jedynie w kilku momentach bywały w prawdziwym niebezpieczeństwie.
Kiepsko wykorzystano również mimika. Rzadko dochodzi do wymieszania się wrogów z grupą postaci, co uważam za duży błąd. Sam zamysł miał ogromny potencjał i aż prosił się o to, by czerpać z niego garściami. Wystarczyło stworzyć pole do poznania postaci i wówczas próbować nabrać mnie, że stojąca obok postać jest tą prawdziwą, a nie imitacją.
Wiadomo nie od dziś, że straszaki w horrorach występują w różnych formach. Raz są to niepokojące dźwięki, kreatury przechadzające się po korytarzach czy po prostu zwykłe jumpscare’y pod postacią wybuchu żarówki, czy wycieku gazu. Tutaj takich elementów jest bardzo mało, a nawet jeśli się pojawiają, to twórcy wykorzystali je zbyt klasycznie. Horror powinien straszyć i budzić niepokój – tutaj tego niestety nie doświadczyłem.
Na pewno nie można nazwać go rewolucyjnym, czy najlepszym w swoim gatunku. Potencjał był, aczkolwiek nie został wykorzystany przez twórców. Historia jest prosta, mało angażująca i przewidywalna do pewnego czasu. Liczba decyzji i odnóg robi wrażenie, dlatego wielka szkoda, że nikt nie zadbał o to, co najważniejsze, czyli postaci, których te decyzje dotyczą.
Directive 8020 to słaby horror i przeciętna przygodówka. Powinna spodobać się osobom, które nie mają na co dzień do czynienia z produkcjami z tego gatunku. Wówczas większość wad produkcji nie zostanie nawet zauważona. Jeśli ktoś jednak jest bardziej obeznany z twórczością studia i konkurencyjnymi tytułami, zachwycony nie będzie.
Najnowszą grę od Supermassive Games oceniam na 5,5/10.
Klucz do gry otrzymałem od wydawcy na potrzeby recenzji.
Na stronie mogą występować linki afiliacyjne lub reklamowe.
Samsung Galaxy S25 Ultra doczekał się tak dobrej promocji w Polsce, że z miejsca stał…
Jakiś czas temu w końcu dostaliśmy informację o tym, że Trump Mobile T1 istnieje i…
Jeżeli mielibyśmy sobie przypomnieć, kto robi kompaktowe flagowce, to jednym z producentów będzie oczywiści Honor.…
Chciałbym, by każdy telefon Motorola był tak opłacalny jak Motorola Edge 60 Pro w najnowszej…
Samsung Galaxy S25 FE debiutował na rynku we wrześniu 2025 roku jako ostatni przedstawiciel serii…
Nowe przecieki ujawniły kolejne informacje o OnePlus 16. Flagowiec z ogromną baterię otrzyma piekielnie szybki…