, ASUS

Wygraj 2 smartfony na Walentynki: jeden dla siebie, drugi dla ukochanej osoby (wyniki konkursu)

konkurs-asus-24h

Te artykuły także cię zainteresują:

Popularne produkty:

Komentarze: 410

UWAGA: Komentarze nie na temat, personalne, obraźliwe będą kasowane.
Nie karmić trolli - do frustracji i zagłodzenia trolla doprowadzisz nie reagując na jego komentarze.
  1. Marek, :

    Odpowiedź w konkursie:

    Oj zdarzyło mi się nie raz haha. Często kiedy wychodze z domu z pełną baterią, a w trakcie wyjścia bateria pada od tak i tracisz kontankt ze światem i ludzie się o ciebie martwią i sieją panike co mogło się z tobą stać ?!?! Bo nie odbierasz.. a potem w domu wielki opier**l a to wszystko przez że telefon pada w 3 godziny nawet nie używany hahaha

  2. Paweł, :

    Odpowiedź w konkursie:

    Przypomniała mi się dość ciekawa historia, która o mało nie zrujnowała mojego dopiero rozpoczętego związku. Miałem się spotkać z dziewczyną w klubie o godzinie dziewiętnastej. Wziąłem taksówkę, ale utknęliśmy w korku z powodu stłuczki na drodze. W dodatku rozładował mi się telefon. Dotarłem na miejsce, ale jej już nie było w klubie. Co prawda dziewczyna nie odzywała się do mnie przez jakiś tydzień ale udało mi się wytłumaczyć całe zajście.
    Dzisiaj jest już moją narzeczoną. Czasami wspominamy tamtą historię z uśmiechem.

  3. Maja, :

    Odpowiedź w konkursie:

    Kilka lat temu, w kwietniu wiosna wkroczyla do Polski. Za namową przyjaciółki ze Śląska zdecydowałam się na wycieczke autokarową na narty we włoskie Alpy. Sam dojazd na Śląsk okazał się wyzwaniem. Obładowana torbami, z nartami na plecach wyruszyłam pociągiem do przyjaciółki. Trzy przesiadki, wzrok zdziwienia pasażerów pt. 16 stopni, wiosna, narty? Wyjazd na narty okazał się cudowny. Świetne warunki do szusowania, słońce, towarzystwo „w dechę”. Powrót ponownie okazał się mordęgą. Przesiadki, bagaże, opóźnienia i na 200 kilometrów do domu brak połączenia. Słaba bateria, a trzeba znaleźć kogoś kto odbierze mnie z dworca 200 km od domu. Ładowarka okazała się bezużyteczna, stare pociągi z niesprawnymi gniazdkami. Panika w oczach, brak pomysłu co dalej, wizja pozostania na dworcu do końca życia z nartami u boku. Aż tu nagle, dziewczyna siedząca naprzeciwko: jak chcesz to użyczę Ci powerbanka. Power… co? Pierwsze słyszę.
    No i pożyczył a, uratowała, wybawiła. Udało mi się w końcu dodzwonić do kolegi, który po nnie przyjechał na dworzec.
    I jak myślicie? Jaki był mój pierwszy zakup po powrocie do domu?
    Tak. Powerbank.
    Wszystko co dobre dobrze się kończy dzięki powerbankowi i życzliwości ludzi.

  4. Maciej, :

    Odpowiedź w konkursie:

    Kiedyś miałem spotkać spotkać się z moją dziewczyną w jej domu, żebym mógł poznać jej rodziców. Cały ranek przed tym spotkaniem (jak to ja) „wysysałem” mój telefon z energii na niepotrzebnych rzeczach, jak gry i i bezsensowne filmiki na YT. Kiedy wychodziłem na autobus miałem już dosyć mało baterii, a moja dziewczyna jeszcze „wisiała” ze mną na słuchawce, tłumacząc mi jak mam do niej dojechać, i w który autobus jeszcze się przesiąść. Niestety kiedy wsiadłem do pierwszego autobusu, którym miałem jechać, to akurat telefon się wyłączył, a moja dziewczyna nie zdążyła powiedzieć mi gdzie mam wysiąść po przesiadce, i w rezultacie czego wysiadłem za daleko, a potem klucząc po nieznanej okolicy zostałem napadnięty, i uciekając przed napastnikami wyrzuciłem mój (i tak już „martwy”) telefon, aby odwrócić uwagę.. Cóż – straciłem telefon tego dnia (13.05.2013 – Pamiętamy), ale jakby dobrze mi posłużył, to by do tego nie doszło!

  5. Dariusz, :

    Odpowiedź w konkursie:

    Dzwonili z konkursu i padła bateria.

  6. Dawid, :

    Odpowiedź w konkursie:

    Wskutek rozładowania się baterii w telefonie, wraz z Karpiem potrąciłem sanie Mikołaja. Hmmm… to wymaga wyjaśnienia. Cała historia wydarzyła się jeszcze w czasie moich studiów. Był zimny, grudniowy wieczór, a ja próbowałem przedrzeć się samochodem przez rozkopane Katowice. Zostałem zaproszony na imprezę przez znajomych z roku. Nie znałem jednak miasta, a wokół szalała zadymka.

    Kumpel, który siedział obok mnie w samochodzie, przyjmował więc instrukcje telefoniczne. Kumpel jest Karpiem. Nie żartuję, tak ma na nazwisko. Kiedy posłuszny jego wskazówkom po raz trzeci wjechałem na ulicę Jagiellońską, zdałem sobie sprawę z podstawowego faktu. Nieposiadający prawa jazdy Karp nie przeprowadzi mnie szybko przez labirynt dróg jednokierunkowych. Więc krążyliśmy tak po mieście dłuższą chwilę. A kiedy wydawało się, że wreszcie dojeżdżamy, Karp zaklął. Padła mu bateria, a co za tym idzie nie usłyszał ostatniego zdania. Czy raczej, usłyszał tylko jego kawałeczek. Brzmiał on: „Tylko uważajcie…”. Dalszą część zdania poznaliśmy po chwili. Kumpel z którym rozmawiał Karp miał powiedzieć „…za zakrętem, bo tam stoi wielka dekoracja świąteczna.”

    Tak oto, wraz z Karpiem, wjechałem w sanie świętego Mikołaja.

  7. Farmer, :

    Odpowiedź w konkursie:

    Historia, którą chciałbym opisać, zdarzyła się kilka lat temu. Od tego czasu ani razu nie rozładowałem telefonu do zera oraz zawsze noszę ze sobą mini książeczkę telefoniczną, aby zawsze w razie potrzeby mieć najważniejsze kontakty pod ręką.
    Pracowałem na taśmie, w fabryce. Ciężka robota, kiepsko płatna, ale nie miałem swego czasu innej możlwości. Zbliżał się wolny weekend, jednak tym razem miał być ,,nietypowy” (i był…). Moja partnerka szykowała dla mnie niespodziankę. Po pracy miałem do niej zadzwonić, aby ujawniła mi szczegóły dotyczące miejsca, w którym mam się stawić. Po całym dniu harówki w niecierpliwości, wreszcie koniec. Poszedłem po płaszcz, przywdziałem go, wyszedłem i wyjąłem swój telefon. Czasem potrzebowałem, aby wyświetlacz długo świecił, więc miałem ustawioną opcję czasu przejścia ekranu w tryb uśpienia na ,,nigdy”. Niestety, był pewien minus tego rozwiązania – po dzwonieniu/przyjściu smsa komórka świeciła w nieskończoność, drenujac tym samym baterię. Tamtego dnia zapomniałem włączyć tryb samolotowy, a jakiś numer ,,z Kongo” postanowił to wykorzystać. Po wyjęciu telefonu z kieszeni był strasznie nagrzany, bateria pokazywała kilka procent. Szybko przeszedłem do panelu wybierania numeru telefonu, jednak wtedy się zawiesił i padł. Cudownie. Na szczęście w drugiej kieszeni miałem pasujący do niego kabelek – pożyczyłem kilka dni wcześniej od kuzyna i nosiłem go przy sobie, aby oddać przy najbliższej okazji. Brakowało tylko źródła zasilania z wejściem na usb. Miałem wykupiony bilet na komunikację miejską, a w niej znajdowały się porty pod ładowanie telefonów. Pobliski autobus robił ,,kółka” dookoła regionu, w którym przebywałem, więc postanowiłem połączyć te dwa fakty i przejechać się przez jakiś czas, aż naładuje mi się telefon dostatecznie do włączenia go i wykonania połączenia. Ładowałem, ładowałem, w końcu postanowiłem włączyć. Zawiecha. Wściekłem się, próbowałem zrestartować, za którymś razem się udało. Znowu zawiecha. Trochę to wszystko trwało, a efektów nie było. W dodatku autobus stanął. Rozejrzałem się. Ciemno. Kierowca wyszedł i powiedział, żebym też to uczynił, bo koniec trasy. Zdziwiłem się i spytałem o co mu chodzi. Wszedłem do złego autobusu. Dodali nową linię, nie zwracałem na to uwagi wsiadając (wcześniej była tylko jedna), na dworze ciemno, zająłem się telefonem i przez to wszystko nie skupiłem się na kierunku jazdy. Spytałem się, kiedy przyjedzie kolejny. Jutro, to był ostatni. Załamałem się kompletnie. Doinformowałem się w kwestii drogi powrotnej, po czym ruszyłem z buta. Szedłem w absolutnej ciemności. Początkowo przez małą, ciemną i wydawałoby się opuszczoną wieś. Szybko z niej wyszedłem, maszerując tym razem w towarzystwie otaczających mnie połaci gruntów rolnych. Usłyszałem jakieś dźwięki zza pleców. Odwróciłem się. Były coraz głośniejsze. Dziki skowyt masywnej bestii, wyłaniający się spośród mroków rozdartych pługiem ziem. Traktor. Bez oświetlenia. Po chwili zastanowienia i zawachania, postanowiłem, że spytam właściciela o możliwość podózki. Uczyniłem to, zgodził się. Z rynny pod deszcz. Wciąż źle, ale już nie tak bardzo jak wcześniej, mam środek transportu. Poczciwiec udostępniający mi go wyglądał trochę dziwnie, w średnim wieku, nosił kurtkę, krawat i czapkę z daszkiem, a za pazuchą trzymał tajemniczy trunek, który popijał co jakiś czas. Być może to stanowiło przyczynę jego niewyrażnej mowy. Spytał się o moje imię i co tu robię. Przedstawiłem się i zacząłem opowieść, ale szybko przerwał. Zaczął mówić o swojej rodzinie, że jego ojciec się powiesił, a potem brat ojca i to z innego powodu, a potem babcia jeszcze z innego, a potem ktoś inny zachorował psychicznie i chciał zbudować z jego babci drabinę na strych. Takie typowe opowieści, jakich się słucha po całym dniu pracy, jadąc zdezelowanym traktorem z nieznajomą osobą, w nocy, w nieznanym miejscu, bez żadnego oświetlenia i możliwości kontaktu ze światem. Opowiadał i opwiadał, aż w końcu maszyna zaczęła terkotać i padła. Przeklnął wielokrotnie, wyszedł i stwierdził, że dalej nie da rady jechać i trzeba iść piechotą. Dodał też, że jak się spieszę to mam się nie martwić. Jest lokalny i zna skrót. Nie mając lepszej alternatywy, ruszyłem z nim tymże skrótem. Weszliśmy w pole. Poprzedniego dnia dużo padało i było mnóstwo błota, całe buty się zapadały. Bałem się, że jak tak dalej pójdzie to płaszcz (swoją drogą prezent na gwiazdkę od mej drugiej połówki) również zmieni swoją barwę pod wpływem niesprzyjających warunków, w związku z czym zdjąłem go i szedłem trzymając go w rękach. Mój kompan nie zważał na te problemy, nie robiło mu różnicy w czym idzie. Dalej gadał. Chciałem, aby to się skończyło, myślałem o awanturze jaką otrzymam po powrocie. Nagle poczułem rozpryskujący się płyn na całej mej głowie, połączony z potężną siłą atakującą me dłonie poprzez trzymany materiał. Nie dały rady, puściły. To on. Mój przewodnik przemienił się w zdziczałego rysia, który za cel obrał sobie odebranie płaszcza. Oblał mnie swym samogonem, wyrwał i biegł. Uciekał z nim. Goniłem go. Zdzwiłem się, bowiem pomimo przyjętych przez niego procentów był całkiem szybki. W pewnym momencie skręcił. Tak mi się zdawało, ale nie jestem pewien, potknąłem się o coś i przewróciłem, zażywając tym samym ,,kąpiel błotną”. Zgubiłem go, rozpłynął się w ciemnościach. Straciłem płaszcz i wszystko co w nim. Telefon, dokumenty, portfel… Byłem zdesperowany jak nigdy dotychczas. Szedłem dalej. Rano dotarłem do jakiejś miejscowości. Znalazłem tam przystanek PKS. Nie wiedziałem co robić. Stwierdziłem, że już mi wszystko jedno i zacząłem prosić pobliskich ludzi o pieniądze na bilet. Według rozkładu powinienem dojechać do mojej miejscowości zamieszkania. Ludzie nie wyglądali na zdziwionych moją prośbą. Chyba wręcz jej się spodziewali gdy podchodziłem. Nic dziwnego, nie spałem przez długi czas, nie jadłem i nie piłem, byłem cały w błocie, w dodatku śmierdziało ode mnie bimbrem. Powoli zbierałem grosik do grosika. Nie wiadomo skąd, pojawił się inny ,,zbieracz”. Gdy mnie dostrzegł wpadł w furię, zaczął mi grozić i w końcu mnie zaatakował. Podbił mi oko, uciekłem. Szedłem przez jakiś czas, aż trafiłem na inny przystanek. Ratunek już bliski. Przystanek autobusowy aglomeracji, do której należę. Spytałem się kogoś o godzinę, sprawdziłem najbliższy przyjazd i czekałem. Po mniej więcej godzinie przybył ten cudowny, zbawienny pojazd. Wszedłem, usiadłem na sam koniec, aby nikomu swoją osobą nie psuć podróży. Zauważyłem, że pewne dwie Panie na przodzie z dwa, czy trzy razy odwracały się w moim kierunku, rozmawiając równocześnie. W pewnym momencie wstały i oznajmiły ,,bileciki do kontroli”. Świetnie. Próbowałem się tłumaczyć, bez skutku. Nie miałem dokumentów, więc wezwano policję. Zawieziono mnie na komisariat. Tłumaczyłem się i tam, miałem czekać. Po kilku godzinach na miejsce przyjechała ona, moja ukochana. Gdy mnie zobaczyła, przeraziła się, ale jednocześnie uradowała, że żyję. Teraz, gdy to wspomina po latach znajomym, mówi ,,nie było z nim kontaktu, panikowałam, już myślałam, że ktoś go porwał, zabił, a ciało wrzucił do rzeki. I rzeczywiście, po jego wyglądzie wszystko z tym zgadzało!”.
    Mam nadzieję, że nie zanudziłem Państwa swoją opowieścią. I tak jak każdemu, proponuję Państwu zawsze nosić przy sobie awaryjnego, przynajmniej jednego powerbanka. Nigdy nie wiadomo, co czeka człowieka.

  8. Aga, :

    Odpowiedź w konkursie:

    Historia z walentynek, czyli zaledwie 3 dni temu! Jechaliśmy z narzeczonym do spa w Sopocie, ale po drodze padł mu telefon, który robił za nawigację. No cóż, nic straconego podłączyliśmy mój, ale on też padł dosłownie 20minut później! No to nie było innej opcji, jak jechać na czuja i po znakach, ale z naszą orientacją w terenie to wcale nie było łatwe. W końcu wylądowaliśmy na totalnym odludziu i zrezygnowani poszliśmy się przejść po łące, która była przy szosie. W rezultacie spędziliśmy tam 4h siedząc, jedząc zabrane przez nas przekąski na drogę i rozmawiając o naszej wspólnej przyszłości! Oboje twierdzimy, że była to nasza najlepsza randka w historii, a powrtót do domu udał nam się lepiej niż podróż w tamtą stronę!

  9. EN1, :

    Odpowiedź w konkursie:

    Rozładowany telefon przytrafić może się komuś niezgrabnie i ta sama okoliczność- dokładnie ten sam rozładowany telefon dla kogoś opcją stanie się.

    Strudzony chwilą, zapędzony myślami, jak przeważnie każdy, wybrałem się na spacer do galerii handlowej, by tam wśród ludzi trochę tam zażyć socjalizacji. Przejść się szybko, oddechu zaczerpnąć, umysł przewietrzyć i przyjrzeć się nieświadomym tego niewiastom. Nie oczekiwałem dużo – nie często zdarza mi się przeprowadzić z nowo poznaną dziewczyną rozmowę owocną. Trafiło jednak się, że i ona tam była. Przy stoliku napój swój piła i siedziała. Twarz jej niesamowicie mi się spodobała i do reszty pasowała. Dokładnie ja atrakcyjność w ten sp;osób pojmuję. Jak zawsze bywa w takiej sytuacji przeliczanie w głowie zaczynam. Biję się z myślami, z sobą całym. Wypadło na to, że nie darowałbym sobie później, i zwróciłem się do Niej. Zwróciłem uwagę jej na to, co Mnie w Niej zwróciło na siebie uwagę, chciałem się dosiąść, dołączyć do biesiady i trunku. Ze ścianą zderzyłem się, gdy ona mi odpowiedziała: umówiłam się tutaj tylko, zbieram się zaraz jak tylko mama zadzwoni, jedziemy razem dalej. Byłoby to przystępną wymówką, gdyby wyświetlacz się uaktywnił i godzinę wskazał.
    Ten odmówił jej rozładowany – on jej pokrzyżował plany. Serdecznie się ucieszyłem i jej powiedziałem. Jej telefon zachował się z gracją i dystyngowanie nie pozwolił Tobie odeprzeć tak miłym uszom oraz sercu mych zalotów sprawnych.
    Uśmiech wspaniały odkryła przede Mną, fantastyczna chwila nastała i została przerwana – jej mama z moich zalotów ubaw miała.

    Pokrzyżowane jej plany moją wymówką się stały.
    Chcesz tego czy nie, rozładowany telefon nie musi być tylko utrapieniem, a możliwością by sięgnąć po numer telefonu, jeżeli tylko masz go czym, na kartce spisać.Mnie się powiodło, udało.


reklama