TEST Nothing Ear 3a - czy to dobre słuchawki bezprzewodowe do 450 zł? / fot. Paweł Łaz, techManiaK.pl
Kolejne słuchawki bezprzewodowe tego producenta oficjalnie zaprezentowane. Czy jednak w budżecie do 450 złotych będą w stanie nawiązać konkurencję z innymi modelami? Zapraszam na test Nothing Ear 3a, czyli „budżetowych” słuchawek TWS tego producenta.
Spis treści
Nie da się ukryć, że firma Carla Pei radzi sobie co najmniej dobrze na rynku słuchawek bezprzewodowych. Tym razem na mój warsztat wjechał model Nothing Ear 3a, czyli bardziej „budżetowe” rozwiązanie od flagowych „trójek”. Co takiego mają do zaoferowania, ile kosztują i czy warto je rozważyć? Zapraszam na test Nothing Ear 3a!
Zacznijmy od tego, jak pozycjonowany jest na rynku nowy model. Producent postanowił wycenić go na 449 złotych, co daje im miejsce w średniej półce, wypełnionej naprawdę sporą gamą konkurencji.
W zasadzie to obecnie można nawet znaleźć w zbliżonym budżecie konkurencję z własnego podwórka w postaci Nothing Ear 2024. Nie przedłużając, przejdźmy powoli do meritum sprawy.
Sprzęt do testów dostarczyła firma Nothing, za co serdecznie dziękujemy. Nie miało to jednak wpływu na ocenę testowanego urządzenia.
Tak samo, jak i pudełko, które nie różni się za bardzo niczym względem Nothing Ear 3. Mamy na nim graficzne przedstawienie produktu, a także podstawowe informacje o naszych nowych słuchawkach. Proces otwierania jest taki sam, jak był od początku i – swoją drogą – jest bardzo satysfakcjonujący.
Ale oczywiście, nie to jest najważniejsze, a to, co znajdziemy w środku:
Brakuje przewodu ładującego. Nie do końca rozumiem tę „oszczędność”, bo to raczej żadna oszczędność, ale w takim razie przydałoby się dorzucić coś innego. Może dodatkowy, zapasowy zestaw tipsów w rozmiarze M?
Idziemy dalej i zahaczamy o to, jak wykonane są nowe słuchawki tego producenta. Zacznijmy standardowo od etui, które jest identyczne, jak to z poprzedników w postaci Nothing Ear(a). Tym razem jednak przyszło mi testować żółtą wersję kolorystyczną, a’la Pikachu. Mamy tutaj głównie tworzywa sztuczne, a elementy metalowe opierają się na zawiasie.
Na wieczku jest lekki luz, co przy takiej konstrukcji jest niestety normalne – choć lepiej, gdyby go oczywiście nie było. Etui nie jest jednak praktyczne, bo otworzenie go jedną ręką nie należy do najłatwiejszych. Wracając do zawiasu – ten działa dobrze, z odpowiednim oporem i płynnością. Przycisk do parowania jest „schowany” w etui, a do tego dostajemy 3 LED-y, które sygnalizować mogą stan naładowania, czy parowania. Jakość materiałów stoi na dobrym poziomie.
Szukasz dla siebie słuchawek bezprzewodowych? Sprawdź moje TOP-10 polecanych słuchawek TWS.
Co ze słuchawkami w takim razie? Standardowo, jak to u Nothinga, dostajemy transparentny design, a żółta farba skupia się na samej kopule oraz tipsach. Stemy są standardowo w czerni oraz transparentnym plastiku. Całość jest fajnie spasowana i nie widzę niedoróbek, więc zwyczajnie nie ma tutaj na co narzekać.
Pora porozmawiać o tym, jak używa się tych słuchawek Nothinga na co dzień. Przede wszystkim budową są bardzo podobne do poprzedników, konstrukcja – jeżeli się zmieniła – to na tyle mało, że ciężko odróżnić jedne od drugich z zewnątrz. Przekłada się to na dobre osadzenie słuchawek w uszach i oczywiście kanałach słuchowych. Dzięki temu, że w zestawie mamy jeszcze 3 inne rozmiary tipsów, możemy dopasować je całkiem dobrze do swoich potrzeb. Jedynie na co mógłbym lekko narzekać, to konieczność poprawiania ich co „jakiś czas”.
Wygoda ich noszenia jest bez większych wad, są lekkie, dzięki czemu (prawie) zapominamy o tym, że w ogóle mamy je w uszach. Mimo tego, że nie posiadają dodatkowych wsporników rodem z soundcore Liberty 5 Pro, które dla Was ostatnio testowałem, to nadadzą się także do użytkowania podczas różnych aktywności. Przede wszystkim nie miałem też sytuacji, w której musiałem je zdjąć po jakiejś dłuższej przerwie, by od nich odpocząć, a to też ważny wskaźnik wygody.
Także bez większych zmian, mamy tutaj panele ściskowe na stemach, a nie dotykowe, jak to często bywa u konkurencji. Osobiście wolę mimo wszystko tę drugą opcję, aczkolwiek jak najbardziej rozumiem fanów takiego rozwiązania. Co w takim razie umożliwia nam owy system sterowania? Oto lista (boldem zaznaczone opcje domyślne):
Oczywiście, mamy opcję personalizacji, dosyć obszernej, także rozdzielając funkcje na lewą i prawą słuchawkę. Całość działa dobrze, nie brakuje też przydatnych funkcjonalności, a nowością jest oczywiście Migawka audio, o której porozmawiamy jednak przy okazji omówienia aplikacji Nothing X.
Mam wrażenie, że nie są to całkowicie nowe przetworniki, a raczej wyciągnięte z któregoś z poprzednich modeli słuchawek firmy Nothing. Mimo wszystko, różnią się na papierze od poprzedniego modelu z tej rodziny, ale czy w praktyce słychać ową różnicę? Sprawdziłem także to, jednak na początek skupimy się na „podstawowych” aspektach oceny brzmienia Nothing Ear 3a.
Oj niskie tony są tutaj mocno zaznaczone już od samego początku, a nawet nie mamy tutaj funkcji wzmocnienia basu. Przede wszystkim jest intensywnie, głęboko, a także soczyście. Nie ma gubienia się w tych rejestrach, nie ma też przesterów, bo i takie mogłyby się zdarzyć. Fani basowych brzmień będą z pewnością zadowoleni.
„Centralna” część jest z kolei nieco wycofana, a także ocieplona poprzez basową naturę testowanych słuchawek bezprzewodowych. Mimo wszystko, jest w stanie dać niezły szczegół, chociaż wiadomo – mogłoby być lepiej to wszystko wyważone.
Wysokie rejestry znowu dają „czadu” i robi nam się lekka V-ka. Sopran jest lepiej wyważony względem basu, ma odpowiednią moc, czy też kontrastowość, ale nie idzie w sybilanty (a przynajmniej nie często).
Predefiniowane ustawienia są do wy… walenia. Nie dają niczego na plus, więcej basu zamula słuchawki, więcej sopranu ucina im charakter, „głos” tak samo. Standardowy zwyczajnie nieco wypłaszcza.
Jakimś ratunkiem jest zaawansowana strona, gdzie sami możemy stworzyć profil, a także dostęp do profili stworzonych przez użytkowników. Na moment testów nie znalazłem jednak żadnego wartego uwagi.
Idąc dalej, mamy scenę i pozycjonowanie, które to dają… mieszane odczucia. Obszerność jest na plus, natomiast zdarza się, że dźwięku zlewają się ze sobą, przez co precyzja „przekazywania informacji” jest przeciętna. Jest więc w miarę „okej”, chociaż mogło być lepiej. Zapewne ma to też związek z trochę wycofaną srednicą.
Nie zarejestrowałem żadnych odczuwalnych opóźnień w trakcie moich testów, które uniemożliwiałyby wygodne korzystanie ze słuchawek, bądź użytkowanie ich przy grach, gdzie czas reakcji ma duże znaczenie.
Nie zapomniałem także sprawdzić dla Was tego, jak nowe Nothing Ear 3a radzą sobie z nagrywaniem dźwięku za pomocą swoich mikrofonów.
A tutaj próbka w głośnym otoczeniu:
Jak oceniacie? W zasadzie wypadają gorzej od Nothing Ear 2024, które już „chwilę” na rynku funkcjonują, a obecnie są tańsze od nowości firmy Carla Pei. Szkoda, bo po 2 latach raczej można byłoby oczekiwać rozwoju, na tyle, że i seria z dopiskiem „a” zbliży się do ex-flagowców. Końcowo można powiedzieć, że jest przeciętnie / OK.
Przechodzimy do kolejnych elementów, o których trzeba sobie porozmawiać przy okazji recenzji Nothing Ear 3a. Zacznijmy od tego drugiego, który w zasadzie zawsze w słuchawkach tego producenta wypada naprawdę dobrze. Mamy czysty, raczej nie zniekształcony głos, który odbieramy z otoczenia. Głośność jest też na optymalnym poziomie.
ANC z kolei daje sobie radę i także jest na plus, chociaż nie jest to też poziom „ponad stan”. Radzi sobie dobrze, ale nie daje też nic więcej, nic dodatkowego. Warto odnotować, że ani ANC, ani tryb transparentny nie wpływają na to, jak brzmią omawiane słuchawki bezprzewodowe.
W aplikacji do sterowania produktami audio od Nothing / CMF, nie zmieniło się za wiele. Mamy dalej tak samo intuicyjny interfejs, schludny wygląd, a także ilość funkcji. Możemy oczywiście manipulować tutaj sterowaniem, działaniem ANC / Trybu transparentnego, czy brzmieniem naszych słuchawek.
Nowością jest jedynie zakładka „Nagrania”, w której to możemy najpierw ustawić wszelkie parametry, a następnie dostać się do nagranych przez nasze słuchawki tego, co akurat w danym momencie jest na nich odtwarzane. Mogą to być więc także rozmowy, czy wykłady online.
No i właśnie, jak ta funkcja działa? By działała, musimy być zalogowani w aplikacji Nothing X, a następnie przejść do sekcji „Nagrania” i tam ustawić wszystko pod nasze preferencje. Następnie, w sterowaniu znajdziemy, jak aktywować taką „migawkę”.
Wystarczy dwukrotnie nacisnąć i przytrzymać którąś ze słuchawek i voila, gotowe. Oczywiście, możemy zmienić to, w jaki sposób aktywujemy nagrywanie. Czy jest to przydatne? I tak i nie, ja nie znalazłem dla tego jakiegoś super-przydatnego zastosowania, ale ktoś, kto chciałby nagrywać – przykładowo – wykłady… zapewne by znalazł. Mamy też bowiem dostępną funkcję transkrypcji, co znowu prowadzi w kierunku „studenckim”.
Oczywiście, jeżeli byśmy ograniczyli się do kodeka AAC czy SBC, głośności na poziomie 50% i nie używania ANC / trybu transparentnego, to moglibyśmy mówić o tytanie. W realnych zastosowaniach, kiedy jednak korzystamy ze wszystkich tych funkcjonalności, to jednak jest nieco inaczej.
Bateria tutaj wypada w porządku, nie daje więcej, niżeli możemy zobaczyć na papierze, ale też nie daje „znacznie mniej” względem tych zapewnień. W zasadzie odczucia względem baterii są podobne, jak w Nothing Ear 3.
I dotarliśmy do momentu, w którym należy sobie podsumować to, czego dowiedzieliśmy się o Nothing Ear 3a. Przypomnijmy sobie cenę nowych słuchawek bezprzewodowych tego producenta, która to wynosi 449 złotych. To pozycjonuje je w dosyć konkurencyjnej półce, w której nie jest tak łatwo się przebić. Przejdźmy zatem przez plusy oraz minusy tego modelu.
Na początek trzeba wspomnieć o kodeku LDAC, czy dobrej jakości wykonania całości. Prócz tego, pozytywnie wypada komfort użytkowania, czy wygoda i rozbudowanie sterowania. Brzmienie zdecydowanie przypadnie fanom ciepłego, głębokiego i mocnego basu, choć sopran także daje się tutaj lubić.
Nie ma problemu z opóźnieniami, a zastosowany system ANC nieźle się sprawuje. Na koniec nie sposób nie wymienić tutaj bardzo dobrego trybu transparentnego, czy aplikacji Nothing X.
Zabrakło tutaj przewodu ładującego w zestawie, ale to nie jest wielki problem. Brzmieniowo wycofana i ocieplona jest średnica, a prócz tego, średnio wypada nieprecyzyjna scena. Na minus – mimo wszystko – wypadają też mikrofony, ale i też przeciętna bateria.
To są dobre słuchawki, tylko na razie lepiej wybrać ex-flagowy model Nothing Ear 2024, są lepiej wyważone i mają lepsze funkcjonalności w zakresie dostosowania brzmienia chociażby. Lepsze są też mikrofony, więc dopóki są dostępne – polecam wybierać je, zwłaszcza za te 100 zł mniej.
Cya!
|
ZALETY
|
WADY
|
Na stronie mogą występować linki afiliacyjne lub reklamowe.
Jeżeli mielibyśmy wskazać największe różnice w specyfikacji między Samsungiem a urządzeniami z chińskiego rynku, jedną…
OPPO Find X10 Pro Max bez wątpienia jest jednym z najciekawszych urządzeń, które definiują segment…
OnePlus Nord 6 kupisz w promocji. Ten wydajny telefon ze średniej półki ma dużą baterię…
Apple AirPods 5 w wersji z bezprzewodowym ładowaniem trafiły do mnie na testy przy okazji…
Xiaomi 17 Ultra to flagowiec, który łączy potężną wydajność z zaawansowanymi możliwościami fotograficznymi. Smartfon oferuje…
Jeśli chcesz, by Twój smartfon zachwycił aparatem nie tylko Ciebie, ale także Twoich znajomych i…