Fot. One More Level
Valor Mortis to pierwszoosobowa propozycja dla miłośników gatunku soulslike. Polskie studio odpowiedzialne za grę zdecydowało się zainspirować gigantami – w tym Sekiro oraz kochanym na całym świecie Bloodborne. Jak to wyszło w praktyce?
Spis treści
Valor Mortis zapowiedziano jako pierwszoosobowego soulslike’a. To dość nietypowe i nowatorskie podejście, zwłaszcza że twórcy od samego początku nie ukrywali silnych inspiracji grami studia FromSoftware. Było to widoczne zarówno podczas pokazów, w udostępnionym demie, jak i w finalnej wersji gry.
Produkcja nie wymyśla koła na nowo. Czerpie za to głównie z Sekiro i Bloodborne’a. Czy to jednak wystarczyło, by nazwać tę grę soulslikiem? Czy twórcom naprawdę udało się wyciągnąć sedno całego gatunku? Choć wiele elementów zostało przez One More Level zrobionych poprawnie, trudno tak po prostu odpowiedzieć na to pytanie.
Jest dla Was, jeśli szukacie:
Nie spodoba Wam się, jeśli:
Gracze wcielają się w Williama, żołnierza Grande Armee, który zostaje wskrzeszony na polu bitwy. Po przebudzeniu szybko okazuje się, że Europa, za którą oddał życie, nie jest już tym samym miejscem. Na kontynencie pojawiła się tajemnicza, śmiercionośna plaga. Tutaj robi się ciekawie, gdyż wypaczająca moc zarazy zaczyna płynąć w żyłach głównego bohatera.
Alternatywna wersja XIX-wiecznej Europy, połączona z mrocznymi elementami fantasy, daje twórcom sporo możliwości, które ci z chęcią wykorzystują.
Świat jest pełen rozmaitych szczegółów. Wypełniono go licznymi notatkami, komentarzami głównego bohatera, a nawet czymś w rodzaju echa przeszłości, pozwalającego odsłuchiwać fragmenty wydarzeń, które miały już miejsce.
Na plus wypada charakterystyczny design świata i zamieszkujących go przeciwników. W końcu jest to surowy, wyniszczony wojną i zarazą świat, o czym twórcy nie pozwalają zapomnieć ani na chwilę. Wszędzie widać skutki błędnych decyzji dowódców oraz spustoszenie wywołane zarazą.
Fabuła jest poprawna, ale trudno nazwać ją szczególnie porywającą. Brakuje mocniejszych zwrotów akcji, które potrafiłyby wybić historię z dość przewidywalnego rytmu, a także enigmatycznych postaci, które pozostawałyby w pamięci na dłużej.
Minusem są dialogi i sposób, w jaki główny bohater komentuje wydarzenia. William momentami mówi zdecydowanie za dużo, na bieżąco wyjaśniając rzeczy, które mogłyby zostać pozostawione interpretacji graczy.
Co więcej, często dochodzi do wniosków, które wcale nie są tak oczywiste. Wystarczy, że zauważy jakiś szczegół lub połączy ze sobą kilka faktów, a chwilę później podobne spostrzeżenie ląduje już w jego dzienniku.
Sam zabieg nie jest oczywiście zły i dobrze sprawdza się w bardziej bezpośrednio prowadzonych grach akcji. Sęk w tym, że cały czas mowa o soulslike’u.
Jedną z przyjemności tego gatunku jest przecież samodzielne składanie historii z porozrzucanych po świecie elementów – opisów przedmiotów, rozmów, otoczenia czy pozornie nieistotnych szczegółów. Valor Mortis często odbiera część tej satysfakcji, podając odpowiedzi zdecydowanie zbyt szybko.
Zamiast pozwolić graczom samemu wyciągnąć wnioski, William robi to za nich. Usunięcie kilku segmentów monologów protagonisty rozwiązałoby ten problem, podobnie jak zapewnienie większej swobody podczas wykonywania poszczególnych zadań.
Z pierwszego tytułu zapożyczono przede wszystkim parowanie oraz możliwość przełamywania postawy przeciwników, z drugiego natomiast agresywniejsze tempo starć, nacisk na ciągłe pozostawanie w ruchu oraz obecność broni palnych. Wszystko to zaprezentowano z perspektywy pierwszoosobowej.
William jest bardzo mobilny. Może szybko unikać ataków, skakać, wspinać się i w określonych, zaplanowanych przez twórców miejscach korzystać z parkouru. Ma to znaczenie nie tylko podczas eksploracji. Mobilność przydaje się przede wszystkim w walce. Do tego dochodzą spory arsenał broni i zdolności nadnaturalne.
Walka daje dwie główne możliwości. Pierwszą są uniki. Pozwalają szybko wyjść poza zasięg ataku, a ich poprawne wykonanie spowalnia na moment czas, dając okazję do kontrataku.
Drugą opcją jest parowanie. Tutaj wszystko opiera się na wyczuciu odpowiedniego momentu. Idealne odbicie wypełnia pasek wytrzymałości przeciwnikowi, a seria udanych parowań może wyprowadzić go z równowagi, co pozwala zadać obrażenia krytyczne. Złe wyczucie oznacza natomiast utratę własnej wytrzymałości.
Żadne z tych rozwiązań nie jest jedynym słusznym. Możliwości nie ma może szczególnie dużo, ale pozwalają dopasować sposób walki do własnych preferencji. Mocniejsza broń dobrze sprawdza się przy atakowaniu głów przeciwników, podczas gdy słabsze uzbrojenie pozwala skuteczniej celować we wrażliwe części ciała.
Widać, że każda z broni została zaprojektowana z myślą o konkretnym zastosowaniu i warto mieć to na uwadze podczas walki. Całość urozmaicają zdolności pozwalające podpalać przeciwników, spowalniać ich czy absorbować zadawane przez nich obrażenia.
Szkoda tylko, że niekiedy oponenci nie należą do najbardziej inteligentnych. Zdarza się, że blokują się na obiektach, wykrywają graczy z nierealnej odległości czy wręcz przeciwnie – zdają się ich nienaturalnie ignorować.
To jednak nie koniec. Otoczenie często można wykorzystać, by szybko i łatwo pozbyć się przeciwników. Gra niejednokrotnie pozwala przekraść się między wrogami i eliminować ich po cichu.
Nie zabrakło również dodatkowego wyposażenia. Granaty pomagają w walce z grupami przeciwników, osełki tymczasowo wzmacniają broń, a specjalne pociski nakładają na amunicję dodatkowe efekty. Zarówno worki z amunicją, jak i osełki mają ograniczoną liczbę użyć – bazowo jest ich 10.
W przypadku większych przeciwników, a szczególnie grup oponentów, największym problemem okazują się hitboxy. Łatwo zablokować się na teksturze albo samym przeciwniku i stracić możliwość szybkiego wycofania się. Przy kilku przeciwnikach naraz potrafi to szybko zakończyć się śmiercią.
Smutne jest to, że twórcy, zamiast zwiastować obrażenia krytyczne przeciwników charakterystycznymi animacjami, postawili na proste i mało kreatywne czerwone podświetlanie ich ciał.
Nie ma tutaj klasycznego drzewka umiejętności. Zamiast tego są pojedyncze ikonki, które można ulepszać. Po rozwinięciu danej umiejętności odblokowuje się kolejny, pionowy pasek, w który można dalej inwestować.
Walutą służącą do ulepszania są katalizatory – coś w rodzaju dusz znanych z soulslike’ów. Zdobywa się je za pokonywanie przeciwników, a po śmierci można je, podobnie jak w grach FromSoftware, stracić.
Większość ulepszeń zwiększa podstawowe statystyki Williama, przede wszystkim maksymalny poziom zdrowia, staminy, mocy czy obrażeń. Stamina odpowiada za wykonywanie uników i ataków. Moc służy natomiast do korzystania ze specjalnych umiejętności.
Wszystko kręci się wokół rozwijania podstawowych parametrów postaci.
Powyższe rozwiązania nie brzmią ani innowacyjnie, ani szczególnie ciekawie. Nieco więcej możliwości daje jednak rozwój oparty na znajdowanych podczas rozgrywki kamieniach, czyli bursztynach.
Wyposażenie ich daje stałe benefity do postaci. Wraz ze wzrostem poziomu bohatera odblokowywane są na nie kolejne sloty.
Bursztyny mogą zwiększać zadawane obrażenia kosztem otrzymywanych obrażeń, zmieniać reakcję postaci na ogień lub zatrucie, ułatwiać skradanie czy przyspieszać leczenie. W przeciwieństwie do podstawowych ulepszeń są więc znacznie mocniej nastawione na konkretny styl rozgrywki.
Jest ich na tyle dużo, że bez większego problemu każdy znajdzie wśród nich coś dla siebie.
Lokacje w Valor Mortis są liniowe, ale pełne odnóg. Można w nich znaleźć dodatkowe zasoby, sekrety, opcjonalnych przeciwników czy zadania poboczne. Nie brakuje również backtrackingu.
Do niektórych miejsc wraca się po zdobyciu odpowiednich umiejętności lub wykonaniu konkretnych zadań. Za punkt kontrolny i sposób na szybką podróż służy specjalna lampa, działająca na podobnej zasadzie co ogniska w grach FromSoftware.
Mimo liniowej konstrukcji lokacje nie sprawiają wrażenia pustych. Twórcy rozsądnie rozmieszczają w nich dodatkową zawartość, dzięki czemu często pojawia się pytanie, czy przed ruszeniem dalej nie warto jeszcze sprawdzić którejś z odnóg.
Żeby tego było mało, eksplorację urozmaicają proste “zagadki”. Najczęściej polegają na odnalezieniu i zniszczeniu rdzeni, które odblokowują przejścia.
Poziomy są przy tym znacznie bardziej korytarzowe niż lokacje znane z gier FromSoftware. Nie oferują takiej swobody poruszania się ani rozbudowanej sieci połączeń. Nie przeszkadza to szczególnie, bo twórcy dobrze wykorzystali dostępną przestrzeń i wypełnili ją dodatkową zawartością, niemniej warto mieć to na uwadze.
Gry z gatunku soulslike charakteryzują się wysokim poziomem trudności. Narzucają szybkie tempo i nieraz zmuszają graczy do radzenia sobie w pozornie beznadziejnych sytuacjach. Trudna droga często prowadzi do starcia z potężnym, zjawiskowym bossem, który stanowi jej zwieńczenie.
Bossowie to zdecydowanie jeden z najsłabszych elementów Valor Mortis. Przede wszystkim brakuje im różnorodności. Jest ich stosunkowo niewielu. Poza tym, jeśli już do starć dochodzi, to nie oferują niczego specjalnego.
Ataki szału nie robią, drugie fazy oponentów rzadko komplikują sytuację. Bossowie są, umierają i szybko się o nich zapomina. Ot dodatkowa przeszkoda do pokonania.
Przy odpowiednim wykorzystaniu parowania i dostępnych umiejętności większość starć można przejść bez większych problemów, za pierwszym razem. Brakuje tutaj pojedynków, które wymuszałyby jakąś większą zmianę w graczach.
Znacznie bardziej irytujące jest zachowanie przeciwników podczas szarży. Wielu z nich potrafi w ułamku sekundy pokonać spory dystans, nienaturalnie ślizgając się po podłożu.
Animacja jest na tyle szybka i nienaturalna, że trudno wyczuć, czy przeciwnik doskoczy do Williama, czy zatrzyma się przed nim. Nie zawsze da się też ocenić, czy nadchodzący atak faktycznie trafi.
Nie jest to przypadłość jednego konkretnego typu oponenta. Podobne zachowanie można zaobserwować przy większości przeciwników.
Problem najbardziej rzuca się w oczy podczas prób utrzymania dystansu. Przeciwnik może znajdować się kilka metrów dalej, by chwilę później niemal natychmiast znaleźć się tuż przed graczami.
Tak. I nie dlatego, że jest to gra polskiego studia. Koniec końców Valor Mortis ma własny pomysł na siebie, choć czasem nie widać tego w mechanice walki mieczem. Starcia z podstawowymi przeciwnikami potrafią być wymagające, arsenał jest całkiem spory i istnieje co najmniej kilka możliwości podejścia do zabawy.
Problem pojawia się wtedy, gdy na Valor Mortis patrzy się przez pryzmat największych soulslike’ów. Wówczas wcale tak kolorowo nie jest. Historia momentami jest zbyt prosta, za mało tajemnicza. Walki z bossami rozczarowują, podobnie jak rozwój postaci pozbawiony standardowego drzewka umiejętności.
W wersji recenzenckiej czasem dochodziło do spadków FPS, mimo to twórcy deklarują, że finalna wersja pozbędzie się tych błędów.
Przedpremierowy dostęp do gry otrzymałem od wydawcy.
|
ZALETY
|
WADY
|
Na stronie mogą występować linki afiliacyjne lub reklamowe.
Grupa BYD informuje o wielkich nowościach, jakie zostaną zaprezentowane na europejskich targach motoryzacyjnych Mondial de…
Oficjalnej premiery doczekał się OnePlus 16 - moja definicja telefonu idealnego. Ma imponującą baterię 9000…
Już za parę dni zadebiutują Honor Win 2 wraz z tabletem Win Pad. Jak sugeruje…
Sieć Orange Polska oferuje od dziś vouchery na wybrane smartfony. Wysokość zniżki wynosi od 100…
Wiemy coraz więcej na temat nowego flagowca Samsung Galaxy S27 Ultra. Prawdopodobnie dostanie on rekordową…
Nowy tablet Samsung Galaxy Tab S12 Ultra jest teraz dostępny w ciekawie prezentującej się promocji…